czwartek, 11 lutego 2010

"Historia pewnej kliszy"

Tak zatytułowaną wiadomość e-mail odebrałam kilka dni temu od mojej najmłodszej Siostry.
W załącznikach były dwa zdjęcia Jej autorstwa, które poczyniła wiosenną porą, będąc u nas w odwiedzinach.





Dawniej ludzie robili czarno-białe fotografie, bo nie znali innej możliwości. Gdy pojawiła się opcja uwiecznienia nie tylko chwil, ale też ich barw, stała się czymś w rodzaju luksusu. Teraz coraz częściej artystyczność zdjęć i uchwyconych na nich chwil znów wyrażają dwa stare jak świat i bogate w swej symbolice (nie tylko z artystycznego, ale też z filozoficznego punktu widzenia) kolory – czerń i biel…

wtorek, 26 stycznia 2010

Kiedyś

To będzie o tym, co kiedyś i o najpiękniejszej w swym przekazie książce.
Jej autorzy, to Peter H. Reynolds i Alison McGhee.
To książka, którą powinna posiadać w swych zasobach każda kobieta z racji faktu, że jest córką. Jeśli przy okazji jest mamą dziewczynki, to tym bardziej powinna mieć tę książkę, aby kiedyś przekazać ją swojej córce.
Ta książka najpiękniej, najprawdziwiej i najpełniej oddaje całą istotę i sens macierzyństwa. Ukazuje tę wielką przygodę życia kobiety w sposób najbardziej prosty, jak tylko to możliwe. To wszystko sprawia, że książkę można czytać każdego dnia, a czyta się ją nie tylko oczami i ustami, ale przede wszystkim sercem.
Nic więcej dodawać nie trzeba, bo ujmująca prostota jest bardziej wymowna, niż tysiące elokwentnych wypowiedzi…



Kiedyś podaruję ją mojej Antonince.

czwartek, 21 stycznia 2010

Romantyczna sukienka...

Tak mi wczoraj powiało czasami licealno-studenckimi, kiedy to oryginalność dominowała w moim ubiorze. Romantyczny styl nadal wygląda z mojej pękającej w zawiasach szafy, ale ostatnio zatęskniłam do powłóczystych sukienek, które kiedyś stanowiły podstawę mojej garderoby. I tak mnie jakoś natchnęło i wyszperałam na Allegro taką sukienkę STRADIVARIUSA:



I długo się nie namyślałam, co by okazja nie umknęła sprzed nosa, jak to mi nieraz się zdarza. W dodatku cena była naprawdę atrakcyjna, więc… kupiłam ją sobie, a niech jest i czeka w szafie do wiosny.

środa, 20 stycznia 2010

chwile jak motyle...

Długo już nic nigdzie nie pisałam. Jednak pisanie zawsze było częścią mnie i po pewnym czasie pojawia się tęsknota. Dlatego postanowiłam, że może warto do tego wrócić. Jednak w tylu miejscach pozostawiłam swoje refleksje, że trudno było mi podjąć decyzję, gdzie właściwie wracać. I wtedy zrodziła się myśl, że może by tak zebrać wszystko, co do tej pory powstało i umieścić pod wspólnym adresem…
Tak też uczyniłam. Podczas kopiowania moich wpisów z różnych stron, na których powstawały, dokonałam małej selekcji i ostatecznie uwieczniłam te, które uznałam za cenne. Pozostałe nie miały dla mnie większej wartości, więc ich tutaj nie ma. Zachowałam daty. Komentarzy nie kopiowałam, bo nie ja jestem ich autorką.
Zaczynam więc na nowo uwieczniać z mego życia ulotność niektórych chwil…

środa, 17 czerwca 2009

Miasto przyjazne dzieciom...

A skoro dzieciom przyjazne, to również ich mamom – ku mojej wielkiej radości.
Ale do rzeczy.
Jestem kobietą nie posiadającą prawa jazdy. Niestety, gdy skończyłam magiczne siedemnaście lat, jakoś zabrakło mi motywacji, żeby zapisać się na kurs i tak już zostało do tej pory. Plany mam takie, że gdy tylko Antosia trochę się usamodzielni (czyt. nie będzie potrzebowała moich piersi w ciągu dnia, w takich ilościach, jak to jest aktualnie), zapiszę się na kurs i zdam egzamin i w tym aspekcie stanę się bardziej niezależna niż jestem.
Jako więc mama bez prawa jazdy i nadmiaru funduszy na życie, zmuszona jestem korzystać z transportu komunikacji miejskiej. Bardzo uciążliwe to dla mnie nie jest, gdyż przez 30 lat zdążyłam się przyzwyczaić. Jednak od jakiegoś czasu towarzyszy mi zawsze i wszędzie moja Córeczka, a wraz z Nią wózek (albo chusta, ale na dalsze wyprawy zazwyczaj wózek).
I tutaj – wraz z wózkiem i środkami komunikacji miejskiej, następuje podział miast na przyjazne i nieprzyjazne dzieciom.
W świętym mieście – Częstochowie, za każdy przejazd transportem miejskim, musiałam skasować jeden cały bilet za siebie (to oczywiste i dyskusji nie podlega) oraz jeden cały bilet za wózek – nie za dziecko, bo ono z racji wieku nie płaci za przejazdy. Tak więc każdy jeden przejazd równał się dwa całe bilety.
Kiedy przyjechaliśmy do Warszawy i zaczęłam urządzać sobie i Antosi różne jazdy po Mieście, bazując na wcześniejszym doświadczeniu, przykładnie – jak na uczciwą obywatelkę przystało, kasowałam za każdym razem dwa całe bilety – za siebie i za wózek – nie za dziecko, bo ono z racji wieku nie płaci za przejazdy.
Aż pewnego dnia – nękana ciekawością ogromną i poczuciem oszczędnego życia zarazem, postanowiłam dowiedzieć się ile co kosztuje w Warszawie. W przypływie dobrego nastroju zadzwoniłam więc na infolinię ZTM. Gdy po drugiej stronie słuchawki usłyszałam głos przemiłego pana, zapytałam o koszt przewiezienia wózka – nie dziecka, bo ono z racji wieku nie płaci za przejazdy. Miły pan oznajmił mi prawdę dla mych uszu i serca najmilszą z miłych, że w mieście Warszawie, za przewóz wózka nie ponosi się żadnych opłat. Żadnych – ani całych, ani ulgowych. Za dziecko też nie, bo ono z racji wieku nie płaci za przejazdy.