Zwykle nie zabieram Dzieci na zakupy, ale tym razem zrobiłam wyjątek.
Chciałam kupić kilka ubranek dla Antosi do przedszkola, więc uznałam, że może zaistnieć potrzeba przymierzenia - choćby orientacyjnego, na oko, niekoniecznie na ciało.
Oglądałam zatem wraz z Antosią ubrania, mając świadomość, że dwa regały dalej - przy stoisku z bielizną dziecięcą, urzęduje Zosia. Jej działalność polegała na otwieraniu zafoliowanych trójpaków zawierających kolorowe majtki i wyjmowaniu tychże z opakowań. Miała przy tym wyraźnie dużo radości, a fakt, że w celu dokonania zamierzonego celu, udała się o jeden regał dalej (tak, żebym jej nie mogła zauważyć), najlepiej świadczył o tym, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej działalność mieści się w kanonie czynów zakazanych.
W tym samym czasie, Antosia zapytała:
- Mamo, mogę przymierzyć ten kapelusz?
- Możesz.
Po chwili:
- Kupimy ten kapelusz mamo? No bo popatrz
Tu zatrzepotała rzęsami, przybierając pozę świadczącą o jej niewątpliwym przekonaniu, iż wygląda wprost cudownie. Miała absolutną rację. Zerknęłam na cenę kapelusza. 9,90 zł. Musiałabym być tyranem, żeby Jej odmówić. Zwłaszcza, że prawie nigdy o nic w sklepach nie prosi.
- Tak, kupimy kapelusz.
Tutaj wielkie, radosne oczy, szeroki uśmiech i:
- Too suuuper!
Po kolejnej chwili:
Oglądam tuniki i sukienki. Wygodne, bo z domieszką elastycznych włókien, zapewniających swobodę ruchów, którą Antosia ceni ponad wszystko. Antka tańczy obok mnie w kapeluszu. Trzymam w ręce wieszak z pasiastą sukienką i nagle słyszę:
- Ooo, w tym będę Basią!
- A dlaczego Basią? Pytam z zaciekawieniem.
- No bo Basia ma ubranko w takie paski!
W tym momencie dociera do mnie, którą Basię Antosia ma na myśli.
A zatem, wybór dokonany - bez mierzenia na ciało, a jedynie orientacyjnie, na oko.
Pozostało mi jeszcze tylko zatarcie śladów Zosiowej działalności i udanie się do kasy.
A po powrocie do domu obowiązkowa sesja Basiowa z ulubioną książką Antosi, opatrzoną autografem samej Autorki - Zofii Staneckiej.
piątek, 7 czerwca 2013
środa, 20 marca 2013
Ratujmy Maluchy!
Zróbmy wszystko, żeby nasze sześcioletnie dzieci miały prawo do dzieciństwa.
Zmuszanie sześciolatków do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie to pomyłka.
Nie pozwólmy, aby państwo o rok wcześniej zaczynało żerować na naszych dzieciach przez nakładanie na nie obowiązków, na które dzieci w wieku sześciu lat nie są jeszcze gotowe.
Taki obraz szkolnictwa (jak najwcześniej, jak najwięcej, jak najszybciej), to nic innego, jak produkcja pionków na potrzeby korporacji.
Nie pozwólmy, aby państwo robiło z naszych dzieci pionki.
To my - rodzice powinniśmy decydować o edukacji naszych dzieci.
Zmuszanie sześciolatków do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie to pomyłka.
Nie pozwólmy, aby państwo o rok wcześniej zaczynało żerować na naszych dzieciach przez nakładanie na nie obowiązków, na które dzieci w wieku sześciu lat nie są jeszcze gotowe.
Taki obraz szkolnictwa (jak najwcześniej, jak najwięcej, jak najszybciej), to nic innego, jak produkcja pionków na potrzeby korporacji.
Nie pozwólmy, aby państwo robiło z naszych dzieci pionki.
To my - rodzice powinniśmy decydować o edukacji naszych dzieci.
piątek, 15 marca 2013
Fenomen Białego Dymu
Wśród licznych refleksji jakie na mnie spłynęły w ciągu
ostatnich tygodni (a dokładnie od chwili, gdy Benedykt XVI ogłosił Swą
abdykację), pojawiła się również ta związana z dymem nad Kaplicą Sykstyńską…
Od pierwszego dnia konklawe, z uwagą wyczekiwałam.
Za każdym razem, gdy kardynałowie podejmowali decyzję, ja
czekałam i za pośrednictwem TVP info obserwowałam zamontowany na dachu Kaplicy
Sykstyńskiej komin.
Pytana przez Córkę, co robię, zgodnie z prawdą odpowiadałam,
że czekam na dym.
Przy okazji miałam zupełnie niezamierzoną przeze mnie
możliwość uczestniczenia w dziennikarskich spekulacjach dotyczących nazwiska
kolejnego Następcy Piotrowego Tronu. Wszyscy oni zgodni byli co do jednego.
Jeśli kardynałowie dokonają szybkiego wyboru – czyli jeśli dnia 12, 13 lub 14
marca z komina poleci biały dym, to będzie oznaczało, że papieżem został
kardynał Angelo Scola. To nazwisko padało w każdej rozmowie, w każdej
spekulacji, było wszędzie.
I tak sobie myślałam wtedy, że najpiękniej będzie doświadczyć
totalnego zaskoczenia.
Bo to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, czynione jest
wyłącznie pod natchnieniem Ducha Świętego. Czekałam więc na cud – na totalne
zaskoczenie.
Aż dnia 13 marca 2013r. po godzinie 19 minut kilka (akurat
oglądałam wiadomości, a z boku ekranu przez cały czas pokazywano wspomniany
wyżej komin), z komina nad Kaplicą Sykstyńską zaczęły wydostawać się kłęby
wyczekiwanego dymu.
Jest dym!
powiedziałam. Biały Dym! dodałam po
chwili.
Aż trudno było mi uwierzyć. Myślałam bowiem, że „jeszcze
chwilę” to potrwa, a tu proszę – w drugim dniu.
I tu moja refleksja nad Fenomenem Białego Dymu.
Zapewne są tacy, którzy ze sceptycyzmem i ironią twierdzą,
że to przesada i istne zacofanie, żeby w dwudziestym pierwszym wieku posługiwać
się znakami dymnymi. Czytałam też głosy, o nie zreformowanym Kościele
Katolickim, któremu pomogłoby tylko… daruję sobie cytowanie dalszej części
wypowiedzi, bo czytając ją poczułam się wystarczająco spoliczkowana. itd. itp.
Nie wnikam, co się za tym kryje. Mogę jedynie współczuć…
Jednak te dymne znaki
mają w sobie coś niezwykłego. To, że wybór Głowy Kościoła Katolickiego odbywa
się w taki sposób – za zamkniętymi drzwiami, gdzie od momentu Extra Omnes, nikt
– absolutnie nikt nie ma wstępu, czyni to wydarzenie niezwykle podniosłym.
Zresztą widać było, jak bardzo to uczucie podniosłości,
świadomość wielkości wydarzenia historycznego oraz świadomość faktu
uczestniczenia w nim (oczekiwania), udzielały się wszystkim, którzy poprzez
media wypowiadali się choćby tylko w celu przekazywania najdrobniejszych
informacji.
Na niektórych kanałach TV, dziennikarze komentowali ten czas
oczekiwania, słowami: Cóż za emocje,
proszę państwa, albo: Cały czas
czekamy w napięciu, może to właśnie podczas naszego wydania wiadomości/faktów
ze świata itp. pojawi się dym nad Kaplicą Sykstyńską. Gdy już się pojawił,
podniosłość zdarzenia, stała się jeszcze bardziej zauważalna: Już za chwilę, dowiemy się, kto jest nową
Głową Kościoła Katolickiego. Już za chwilę poznamy imię nowego Papieża.
I tutaj dużo informacji (przekazywanych nie na podstawie
naocznej obserwacji bo to nie byłoby możliwe, lecz na podstawie wiedzy o tym,
jakie są procedury) o tym, co następuje, gdy kardynałowie dokonają wyboru. O
tym, jakie pytania zadawane są nowo wybranemu.
O tym, że gdy na pytanie „Czy przyjmujesz?” odpowie
twierdząco, od tego momentu jest już papieżem. O tym, że następnie pada
pytanie: „Jakie imię wybierasz?”. O tym, że następnym miejscem, do którego
udaje się Papież z Kaplicy Sykstyńskiej, jest tzw. Pokój Łez. O znaczeniu tego
Pokoju, o tym, co się w nim odbywa. Wreszcie o tym, kto za chwilę, co i jakimi
słowami oznajmi światu.
No właśnie. Dziennikarze lubią dużo mówić. Ale też muszą
dużo mówić, bo taka jest ich rola – przekazywanie informacji.
Zapewne każdy marzy, żeby być tym pierwszym w centrum
wydarzeń, tym, który dowie się wcześniej lub więcej i jako pierwszy opublikuje,
obwieści, poda do publicznej wiadomości.
Ale nie w tej sytuacji Drodzy Państwo, oj nie. Tutaj się tak
nie da. Tutaj bowiem wszyscy są równi. Tutaj nie ma ważniejszych, lepszych,
szybszych i mądrzejszych.
Biały Dym jest dla wszystkich w jednym momencie i w równym
stopniu. Jest informacją jedną jedyną, która nie wymaga ani potwierdzania jej
wiarygodności, ani uściślania, ani tłumaczenia na liczne języki świata. Tutaj
wszystko jest oczywiste bez słów – pełna harmonia przekazu, w której czerń
oznacza NIE, a biel oznacza TAK. Nic więcej nie potrzeba.
Tutaj rola mediów sprowadza się jedynie do „bezpośredniej
transmisji danych”. Ale nie ma opcji, że któraś stacja przekaże coś więcej lub
mniej niż inna, bo każdy operator kamery – niezależnie od swego pracodawcy,
poglądów politycznych czy religijnych, widzi jedno – Biały Dym. A w następnej
kolejności Okno Kaplicy Sykstyńskiej i kardynała ogłaszającego światu „Radość
Wielką”. HABEMUS PAPAM! I jeszcze uroczyste Urbi Et Orbi nowo wybranego
Papieża. I to wszystko. Pełna Prawda w jednym miejscu i w jednej chwili dla
całego świata – dla wszystkich, nie tylko dla wybrańców - dla każdego.
środa, 27 lutego 2013
DetektyF RutkoFski
Pisownia niepoprawna niemal tak samo, jak metody samego
„bohatera”.
Przyznam, że słabo zrobiło mi się, gdy usłyszałam historię Mamy małej Lary, w której jedną z ról odegrał nasz tytułowy „bohater”.
No bo jak można inaczej zareagować, gdy okazuje się, że pan
detektyF wszedł we współpracę z ojcem nieletniej i śledził jego żonę po to
tylko, żeby pomóc swojemu klientowi w porwaniu dziecka matce???
Tak, tak. Wiem, że ojciec miał prawo do kontaktu z
dzieckiem, do decydowania o miejscu pobytu nieletniej itp. oraz, że w Polsce
zabranie dziecka (a ściślej rzecz ujmując – wyrwanie z rąk matki), wsadzenie do
samochodu i szybkie odjechanie z miejsca, bez słowa wyjaśnienia, bez
wcześniejszej rozmowy i wspólnego podjęcia decyzji z matką dziecka, która ma
pełne prawo do opieki nad córką – to wszystko w Polsce nie jest traktowane jako
przestępstwo.
Wiem o tym i dostrzegam całość absurdu w takim spraw
stawianiu. Dlatego też pozwolę sobie nazywać rzeczy dosadnie i po imieniu.
Poprawność polityczna jest mi bowiem niezwykle obca, a porwanie to porwanie i
już.
Następnym krokiem była rozmowa zrozpaczonej kobiety (którą w
jednej chwili, mąż bezprawnie pozbawił kontaktu z córką) z naszym tytułowym
„bohaterem”.
Pan detektyF zaoferował Mamie Lary pomoc, ale jak przystało na „wszechmogącego” (bo
najwyraźniej za takiego sam siebie uważa), postawił jeden warunek – tajemniczy
klucz do pomyślnego rozwiązania zagadki, w której odpowiedź zna tylko i
wyłącznie jeden człowiek na świecie, a jest nim? Oczywiście DetektyF RutkoFski.
Otóż pomoże on tej, przeciw której jeszcze do niedawna
kierował swą moc. Teraz, gdy już jedno zadanie pomyślnie wypełnił,
doprowadzając do porwania Lary, teraz chce pomóc ją odzyskać. Zapewne nie
dlatego, że dręczą go wyrzuty sumienia. Takie zjawisko jest mu raczej dalece
obce.
A więc pomoże. Ale pod warunkiem, że Matka Lary zaprzestanie
poszukiwania pomocy gdziekolwiek pozna nim. W nim bowiem powinna złożyć całą
swą ufność i nadzieję. W żadnym razie nie w mediach, czy jakichkolwiek organach
Władzy Państwa Polskiego. Od teraz bowiem nie ma już Rządu Państwa Polskiego,
nie ma Policji. Jest tylko DetektyF RutkoFski. On i tylko on.
Ale skąd ta nagła niechęć do mediów? Nie od dziś przecież
wiadomo, że naszego „bohatera” nic tak
nie cieszy, jak blask fleszy.
Po „słynnej sprawie”, w którą przeszło rok temu zaangażował
się DetektyF RutkoFski, a z której wyszedł wprawdzie cało, ale co z tego skoro
wprost na idiotę, nie dziwi mnie jego nagły brak zainteresowania medialnym
rozgłosem. Facet za wszelką cenę chce pozostać na rynku w swojej branży i gotów
jest przynajmniej chwilowo zrezygnować z jednoczesnego odstawiania show.
Ale nie, nie. To wcale nie dlatego, że nasz tytułowy
„bohater” nagle spokorniał. Nic z tych rzeczy proszę Państwa.
Może i zdjął z nosa czarne okulary dodające tajemniczości
odgrywanej przez niego postaci. Mam jednak wrażenie, że chyba tylko po to, żeby
zza szklanego ekranu, „patrząc” widzom prosto w oczy, oznajmić, że zemsta będzie słodka i że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Taki przynajmniej był wydźwięk jego
ostatniego wystąpienia na antenie TV gdy znów zrobiło się trochę głośniej w
związku ze „słynną sprawą” sprzed ponad roku.
Wróćmy jednak do Mamy małej Lary, bo to Ona aktualnie ponosi
najboleśniejsze konsekwencje głupoty pana RutkoFskiego, który najpierw
świadomie szkodzi, a za chwilę oferuje poszkodowanemu pomoc.
Nie wnikam, czy w tym przypadku jest to objaw zwykłej
hipokryzji, czy może nasz tytułowy „bohater” cierpi raczej na poważną chorobę,
jaką jest schizofrenia i to ona powoduje u niego to koszmarne rozdwojenie
jaźni.
Jestem jednak przekonana, że bez względu na przyczynę
niewątpliwego spustoszenia, które zaistniało w mózgu pana RutkoFskiego,
zdecydowanie najbezpieczniejsze zarówno dla niego, jak też dla pozostałych obywateli
RP byłoby odizolowanie naszego „bohatera” od społeczeństwa, w którym egzystuje
i (na całe nieszczęście) działa na cudzą niekorzyść.
Jego działalność okazuje się bowiem nie tylko szkodliwa, ale
też niebezpieczna. Pociąga za sobą trudne do odwrócenia skutki przy
jednoczesnym całkowitym braku konsekwencji, jakie w przypadku czynów
szkodliwych winien ponieść sam sprawca.
Już nie pierwszy raz okazuje się, że detektyF RutkoFski
narobił bałaganu, który trudno posprzątać. Nie rozumiem, dlaczego lekarz, który
nieumyślnie spowoduje szkodę pacjenta, może zostać ukarany w postaci zakazu
dalszego wykonywania zawodu, a detektyF RutkoFski, który szkodzi umyślnie, nie
ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji.
To, że ktoś chce korzystać z jego „usług”, to inna sprawa i
na to niestety nie ma wpływu. Poziom intelektualny niektórych obywateli bywa
bowiem zaskakująco żenujący. Okazuje
się, że aby dać komuś zlecenie, wystarczy wcześniej jedynie zobaczyć w mediach
jego twarz. Że-nu-a proszę Państwa. Że-nu-a.
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że proporcjonalnie do
liczby i jakości szkód wyrządzonych umyślnie czy też bezmyślnie przez pana
RutkoFskiego, ilość jego fanów zmaleje na tyle, że czas jego aktywności
zawodowej (przynajmniej w tej dziedzinie) zakończy się bezpowrotnie.
Jaki bowiem bohater, taka jego działalność i takie też
zaufanie innych.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Jak dobrze mieć Ciocię Olę
„Basia i muzeum” czyli Antosia na promocji książki
Zosi Staneckiej
W sobotę 23 lutego, w ramach (rytualnych już niemal) wypraw z cyklu mama z Pierworodną i tylko z Nią, wybrałyśmy się z Antosią do jednego z moich ulubionych warszawskich miejsc – do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Antosia już dawno pytała, kiedy zabiorę Ją do biblioteki, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowiłam spełnić Jej prośbę.
Ale nie tak tylko dla samego pozwiedzania, choć i to miało
niemałe znaczenie.
W sobotę była promocja najnowszej „Basi”. Tak więc nasza
wyprawa miała cel nie tylko krajoznawczy, ale też edukacyjny.
Seria książek o przygodach Basi jest nam już od dawna znana.
Zarówno w postaci papierowej, jak i audio, czyli tej do posłuchania na
dobranoc.
Podczas ostatniej wizyty Cioci Oli – chrzestnej mamy Antosi,
do rąk Pierworodnej mej dotarła jedna z książek serii wraz z autografem
Autorki. Okazuje się Bowiem, że Zosia Stanecka – Autorka znanych niemal
wszystkim dzieciom i ich rodzicom książek o Basi, jest dobrą koleżanką mojej
Siostry – Cioci Oli.
Dzięki tak dobrym znajomościom, zostałyśmy zaproszone
na promocję najnowszej książki „Basia i muzeum”, która to promocja odbyła się w
BUW właśnie.
Jak dobrze mieć Ciocię Olę.
A oto nasza fotorelacja z wydarzenia tegoż:
| Zainicjowana przez dzieci bitwa na poduszki |
| A teraz już słuchamy czytanej bajki "Basia i muzeum" |
| Książkę czytała znana aktorka Grażyna Wolszczak |
| Warsztaty z Autorką książki - Zosią Stanecką |
| Zadanie do wykonania |
| rysujemy symbol wolności |
| każde dziecko samodzielnie wymyśla, czym jest dla niego wolność |
| i gotowe |
| Naklejka od Autorki dla Antosi za narysowany obrazek |
| Antosia i Jej symbol wolności, |
| którym jest - czas spędzany z mamą |
| Antosia z Zosią Stanecką - Autorką książek o Basi |
Antosia i Biblioteka
Po zakończonym spotkaniu promocyjnym, Antosia poinformowała,
że teraz chce sobie pospacerować po Bibliotece.
Udałyśmy się zatem w kierunku antykwariaciku, który składał
się z 3 szkolnych ławek i porozkładanej na nich dużej ilości przeróżnych
książek. Zatrzymałam się przy dziale
dziecięcym.
Antosia:
Mamooo? A to są książki dla dzieci?
Ja: Tak Tosiu.
Antosia: A
chcesz mi jakąś kupić?
Otóż właśnie. Powyższy epizod zdecydowanie można zatytułować
Antosia i
dyplomacja.
PRZEWAŻNIE pada hasło
w stylu: mamo kup mi! Ale to nie w przypadku Antosi. Ona zdecydowanie, w
żaden sposób nie zalicza się do grupy dzieci, która podlega pod PRZEWAŻNIE. Słynne mamo kup mi! nie dotyczy nas w najmniejszym stopniu. Jest tylko
samoistna – nigdy niczym nie prowokowana
d y p l o m a c j a. Coś pięknego. Czasami sama sobie zazdroszczę tak
mądrego Dziecka.
Kiedyś jedna starsza pani, na widok reakcji Antosi na
coś-tam-już-nawet-nie-pamiętam-co, powiedziała mi, że bardzo dobrze wychowałam
córkę i że ona mi gratuluje. Ale ja w żaden sposób nie czułam, żeby to była
moja zasługa. Antosia po prostu taka już jest – sama z siebie. I to wyłącznie
Jej należą się gratulacje i pochwały.
Jedyna prośba, której niestety w żaden sposób nie byłam w
stanie spełnić, to wypożyczenie książki. Mamo,
a gdzie się wypożycza książki? Tam, za tymi wielkimi szklanymi drzwiami. No to chodźmy tam, żeby wypożyczyć książkę.
Ale nie możemy tam wejść. Och, szkoda.
Byłoby zdecydowanie łatwiej, gdybym była aktualną studentką.
Na ratunek pospieszyła jednak Ciocia Ola, która w wieczornej
rozmowie telefonicznej obiecała, że postara się jakoś Antosię przemycić
następnym razem.
Ciocia Ola jest pracownikiem Biblioteki Wydziałowej, więc
również w Głównej ma swoje prawa i możliwości, których nie mam ja.
Jak dobrze
mieć Ciocię Olę.
![]() |
| precel piwny okazał się najpyszniejszym na świecie smakołykiem |
![]() |
| mamo, dlaczego ta książka jest taaaka duża? |
![]() |
| podoba mi się w tej Bibliotece |
![]() |
| musimy już wracać? |
![]() |
| przyjdziemy tu jeszcze, prawda? |
Subskrybuj:
Posty (Atom)







