środa, 20 lutego 2013

Rzecz o kobiecości i o macierzyństwie


Matki są szalenie kobiece... (cytuję, co napisano)

To prawda. Ale nie tylko macierzyństwo definiuje kobietę. I chodzi o to, żeby na co dzień umieć znaleźć równowagę.
Niektórzy wciąż przedstawiają macierzyństwo w krzywym zwierciadle - na dwa skrajne sposoby.
Najwyższy czas przestać lukrować macierzyństwo - mam na myśli głównie pisma dla matek, których już dawno nie kupuję, ale z ciekawości sprawdzenia czy coś się we wspomnianym względzie zmieniło, od czasu do czasu przeglądam je w kiosku. I niestety wciąż pełno w nich "szkrabików", "maluszków" i "brzdąców" (takim bowiem nazewnictwem wspomniane media operują pisząc do młodych matek) oraz eleganckich, wypoczętych (już w pierwszej dobie po porodzie) kobiet. Dzieci też wyłącznie pouśmiechane i nie-absorbujące. Wszystko takie wylukrowane, słodkie, różowe i... zupełnie nieprawdziwe.

Drugi biegun (już nie poprzez media płynący, ale z otchłani przeszłości, chłodnym surowym głosem praprzodków przemawiający), to nawoływanie w stylu: zaprzyj się samej siebie i złóż się w ofierze na ołtarzu macierzyństwa.
Tu mamy kobietę już nie wylukrowaną ze słodkim maluszkiem, ale matkę uciemiężoną - każdego dnia pokornie przyjmującą na ramiona ciężki krzyż macierzyństwa i bez użalania się, bez narzekania, bez cienia zwątpienia, dzielnie podążającą każdą z 24 godzin tegoż dnia po to tylko, aby następnego dnia wszystkie te czynności powtórzyć ponownie i tak aż do menopauzy, gdy biologiczny zegar wybije ostatnią godzinę prokreacji.

Taki obraz macierzyństwa to też kłamstwo a wspomniany nawołujący przekaz, od zawsze był czymś złym. Na szczęście dzisiaj, coraz więcej kobiet i mężczyzn już to zauważa.
Coraz więcej rozumie, że do prawidłowego funkcjonowania kobiety-matki, niezbędny jest czynnik, jakim jest równowaga.

Jeżeli ktoś (np. PAN MĄŻ) oczekuje, że matka bez reszty odda się macierzyństwu, zamknie w domu z dziećmi i zapomni o całym świecie, a przede wszystkim o sobie samej (bo przecież dzieci najważniejsze), to znaczy, że najprawdopodobniej jest tyranem lub naiwniakiem.
Żadna normalna istota płci żeńskiej, nie przestanie nagle być kobietą tylko dlatego, że urodziła dziecko/dzieci. Fakt pojawienia się w życiu kobiety potomstwa nie jest bowiem tożsamy z zanikiem jej płci.
Oznacza to tyle, że wraz z pojawieniem się dzieci, zainteresowania, pasje i potrzeby rzędu wyższego, nawet jeśli się nieco zmieniają, nie przestają istnieć. Są nadal i nadal domagają się wcielania w życie i realizacji. I nie widzę powodu, dla którego hipotetyczny PAN MĄŻ, miałby nagle zabronić swojej żonie realizowania w życiu czegoś jeszcze poza macierzyństwem – może to być praca zawodowa, może to być jakieś hobby, spotkania z psiapsiółami itp.
I wcale nie chodzi o zepchnięcie dzieci na dalszy plan – choćby dlatego, że to nie jest możliwe. Chodzi o to, żeby matka, w natłoku bieganiny, jaką ma na co dzień, mogła bez poczucia winy, znaleźć chwile, które są tylko dla niej. W końcu kobietą była od zawsze, a matką stała się wraz z pojawieniem się dziecka.

Nie da się 100% swojej egzystencji spędzać w pracy. Nie bez powodu dniówka wynosi ileś tam godzin, po których pracownik opuszcza stanowisko pracy i zmienia optykę. Dlaczego niby matka (opieka nad potomstwem plus domowe obowiązki to też praca) miałaby nie mieć możliwości czy prawa do zmiany swej optyki?

Macierzyństwo to cudowna przygoda, ale radość z niej płynącą da się poczuć pod warunkiem, że pomiędzy byciem matką i byciem kobietą zapanuje równowaga.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Dwa latka Zosi


To już dwa lata
Tyle czasu upłynęło od tamtego dnia
i Twojego niezwykłego przyjścia na świat
Wypłynęłaś ze mnie razem z wodami
do nowej wody
Spełniło się wtedy moje wielkie marzenie
o prawdziwie wodnym porodzie
Dziękuję za Zosię
i dziękuję Zosi

***

Był tort,
Było świeczek dmuchanie,
Sto lat śpiewanie,
Życzeń składanie,
Prezentów dawanie



Tort upiekłam z pomocą Antosi
100% bezcukrowy (zamiast niezdrowego cukru, zdrowy ksylitol) i 100% wegański (bez dodatku zwierzęcego mleka i jajek)



Rodzinne świętowanie drugich urodzin naszej Zosi
Najpierw pomyśl życzenie
Chwila zastanowienia
Dmuchanie świeczek
udało się
naprawdę zdmuchnięte
kroimy torta
i zjadamy

prezent urodzinowy

śpiewamy sto lat
życzymy, życzymy... i obdarowujemy

otwieramy prezent

lala !!!, lala !!!
słusznie zauważyła Jubilatka
i pokochała Emilkę
od pierwszego wejrzenia
i podziwiała jej urok
nie wykluczając najdrobniejszych detali



Antosia też pokochała Emilkę i postanowiła zaopiekować się nią pod nieobecność Zosi

A oto prezent dla Zosi od Antosi - samodzielnie pomalowany farbkami balonik

i jeszcze sowa, która na urodziny Zosi, przyfrunęła ze Sztokholmu wraz z Ciocią Pysią - chrzestną Zosi 


Autorką pomysłu na urodzinowy prezent dla Zosi jestem ja - mama
Wykonawczynią mojego pomysłu i Autorką Emilki jest Olga Mizikowska - Woolala - gorąco polecam

piątek, 15 lutego 2013

helołkiti


Antosia wraca z przedszkola i zdejmując rękawiczki, cała rozpromieniona oznajmia:
-Mamo, to są rękawiczki Gabrysi. Z helołkiti. Położę je tutaj, żeby nie zginęły, bo jutro muszę jej oddać, bo to są z helołkiti. Helołkiti jest super, mamo. Kupisz mi bajkę o helołkiti?
W całej wypowiedzianej przez Nią kwestii, wyraz  h e l o ł k i t i  był zdecydowanie najmocniej akcentowany.

Co myślę o helołkiti? Chyba nie muszę pisać. Co więcej – nie ma to większego, a jeszcze ściślej – nie ma to żadnego znaczenia, skoro moja najstarsza Córka postanowiła właśnie zapałać tak ogromnym entuzjazmem do wspomnianego zjawiska.

Obrazek pochodzi z tej strony

Kiedy wieczorem robiłam drobne zakupy, przechodząc przez dział z odzieżą dziecięcą, natknęłam się na… na festiwal helołkiti właśnie. Było to wszędzie – na każdej bluzeczce, koszulce, getrach i wszelkich innych częściach odzieży dziewczęcej.
Uciekając czym prędzej, na wylocie zauważyłam przecenioną bluzkę z… z helołkiti rzecz jasna.
Jednak fenomen tego ciucha polegał nie tylko na jego niskiej cenie, ale przede wszystkim na zdecydowanym kontraście w jakim ów ciuch z helołkiti w roli głównej miał się do pozostałego-miliona-w-tym-sklepie-ciuchów-z-helołkiti-w-roli-głównej.
Otóż była to absolutnie i wręcz niewiarygodnie jedna jedyna rzecz w dziewczęcym dziale, która w pełni pozbawiona była koloru różowego w swym składzie.
Nie, żebym coś przeciw różowi miała. Lubię ten kolor, ale pod jednym warunkiem – że stanowi dodatek do całości a nie całość z ewentualnymi dodatkami.
Tak więc na przekór wszystkiemu, co z helołkiti związane i z założenia różowe a do tego słodkie i pierdzące, moje znalezisko było w kolorze bardzo ciemnej zieleni, a wielkie helołkiti na froncie było białe w nie-różowym odzieniu a na głowie miało nie-różowy kapelusz z nie-różową kokardą. Nawet napis Hello Kitty umieszczony nad helołkiti był w kolorze nie-różowym.
Uznałam zatem, że nie mam nic przeciwko helołkiti, które na przekór pozostałym helołkitim potrafi być tak bardzo nie-różowe. Uznałam też, że jak sobie moja Córka ubierze do tej bluzki różowe getry, to przynajmniej będzie kolorowa, a nie monotonnie-od-stóp-do-głów-różowa.

Na widok bluzki Młoda wpadła w zachwyt. Oznajmiła, że ubierze ją następnego dnia do przedszkola. A po dłuższej i wnikliwszej obserwacji nowego ciucha dodała z dumą:
- Ten kolor wygląda prawie jak czarny. Będę teraz mogła być prawdziwą czarownicą.
Tutaj szczena mi opadła. Czyżby moja niespełna pięcioletnia Córka była aż tak inteligentna? Już teraz? Już na tym etapie, gdy ogromna ilość dzieci płci pięknej, najbardziej na świecie pragnie być księznicką?
Zapytałam, co robi czarownica, a Ona mi na to ze zdziwieniem, że jak to co? Czaruje.
Zapytałam zatem, kto wymyślił zabawę w czarownice. Gabrysia.
Wspaniale. Druga mądra istota w tym samym wieku.
One nie chcą być niewiastami, czyli tymi, które nic nie wiedzą – księznickami.
One pragną być wiedźmami – prawdziwymi, z krwi i kości, które wiedzą.
I niech tak zostanie. Lepiej życzyć Córce, żeby była mądra (wiedźma – wie) niż głupia niczym niewiasta, która nie wie nic i obrasta w słodki róż.

niedziela, 10 lutego 2013

Nagi Król


Oglądamy Wiadomości.
Na ekranie jakiś fragment rozmowy z Anną Grodzką.
Do pokoju wchodzi Antosia.
Patrzy przez chwilę zaciekawiona w ekran telewizyjny, po czym zwraca się z następującym pytaniem:
- Tato, dlaczego ten pan przebrał się za panią?

Następnego dnia znów Anna Grodzka na ekranie w rozmowie z kimś innym.
Do pokoju wchodzi Antosia, rozsiada się na podłodze przed ekranem telewizora, przez chwilę przygląda się, po czym odwraca w naszą stronę z szerokim uśmieszkiem na twarzy i z tymże uśmieszkiem w głosie mówi:
- Śmieszne to, bo wygląda jak pani, ale to przecież pan.

Z wybuchami śmiechu dotrwaliśmy do momentu opuszczenia przez Antosię pokoju.

Słuchając jednak rozmówców zadających pytania: co sądzi PANI o tym, czy tamtym, lub: jak się PANI ustosunkuje do tego czy owego, lub: czy myśli PANI, że… itp. itd.oraz konfrontując to, co słyszę z odruchowymi reakcjami mojej Córki, nasunęła mi się pewna refleksja.
Nie interesuje mnie co kto robi ze swoją płcią, bo niech każdy robi co za słuszne uważa.
Często efekty tego typu poczynań są zaskakująco perfekcyjne, że aż trudno domyślać się kim kto wcześniej był.
Jednak bywa też tak, że mimo szczerych chęci… 
i mogą dorośli wychwalać nowe szaty króla, mogą sobie wmawiać i udawać - pozostając w zgodzie z polityczną poprawnością, że rzecz ma się inaczej niż się ma w rzeczywistości, do czasu aż jakieś dziecko zauważy spontanicznie, jak się sprawy mają i wbrew wszelkiej poprawności politycznej głośno powie, że przecież król jest goły.

środa, 6 lutego 2013

Dobra myśl na dziś

Otóż właśnie
A właściwie to na wczoraj
A raczej od wczoraj na całą resztę życia
No do odwołania na pewno

W pośpiesznym powrocie do domu, w biegu między jednym a drugim, z braku silnej woli w tym zakresie i niemożności powstrzymania pokusy przeogromnej, która zwykle w takim miejscu się pojawia, obiecując sobie, że tylko się rozejrzę i że tylko na chwilę, na minutkę, wtargnęłam do punktu taniej książki. Tania jest tam jedynie cena, bo książek dużo bardzo dobrych.

I wyszłam po chwili dłuższej niż planowałam, ale zdecydowanie krótszej niż bym tego chciała... Z dwiema książkami, choć chęć miałam na przynajmniej trzy lub cztery.
W dodatku w torebce wielostronicowo rozpychała się nowość zakupiona w Trafficu dnia poprzedniego, którą pochłaniać zaczęłam niemal zaraz po odejściu od kasy.

Tak.
Głód czytania.

W międzyprzystankowym biegu z tramwaju do autobusu, pojawiła się myśl precyzująca moje przemyślenia z ostatnich dni.
Jako przesłanie ujęłam ją w następujący sposób:

Zastąp poradniki literaturą piękną z dziedziny, która Cię interesuje.

Otóż właśnie to. 
I nic więcej dodawać nie trzeba.
No może poza tym, że efekt końcowy stanie się bardziej realny do osiągnięcia.

Dlatego zamiast wałkować kolejny raz przesłanie górnolotnie płynące z poradników dla rodziców, zabrałam się za delektowanie się okruchami z życia wziętymi bohaterek - narratorek książek, które tak jak ja są matkami - wielomatkami.


Na pierwszy ogień poszła książka Agnieszki Grzelak "Matecznik". Zamówiony u Męża mego mikołajkowy prezent.

Agnieszka jest mamą czterech córek, więc nietrudno było mi odnaleźć się w Jej świecie. Co więcej, już od pierwszych stron zakołatała w mojej głowie myśl, która uświadomiła mi to, co oczywiste. Że oto właśnie jestem najzupełniej w świecie NORMALNA oraz, że moje potrzeby, które rodzą się we mnie każdego macierzyńskiego dnia, są (wbrew przekonaniom Męża mego) nie tylko moimi, ale najprawdopodobniej również setek tysięcy innych matek na tym świecie. I - uwaga - te potrzeby są najzwyczajniej w świecie NORMALNE (również wbrew przekonaniom Męża mego). Z wypiekami na twarzy brnęłam w kolejne strony książki, których treść tylko utwierdzała mnie w tej mojej pierwotnej refleksji.
"Matecznik" naprawdę warto przeczytać. Polecam tę książkę nie tylko kobietom, ale też mężczyznom. Kilku już ją przeczytało i mają same pozytywne refleksje, z których główną jest to, że dzięki tej książce łatwiej im zrozumieć codzienne zmęczenie ich żon oraz to, jak wielką sztuką jest macierzyństwo. Książkę czyta się bardzo lekko i szybko. Napisana jest w bardzo przyjazny sposób. Zaciekawia, zachęca do ponownego wzięcia jej do rąk. Polecam.


Aktualnie czytam zakupioną w Trafficu nowość popełnioną przez Małgorzatę Łukowiak "Projekt matka".

Autorka książki (mama trójki dzieci) jest znana z bloga, którego prowadzi obecnie, a książka sięga do czasu, kiedy Autorka prowadziła swego bloga w innej przestrzeni internetowej.
Dopiero zaczęłam czytać, więc wiele nie napiszę. Jednak samo przesłanie książki spowodowało we mnie to samo poczucie, które wywołały już pierwsze strony "Matecznika". Książka napisana przez zupełnie inną kobietę o zupełnie innych zainteresowaniach, ale wrażenie takie samo. Bo łączy je oraz mnie i każdą z nich jedno - macierzyństwo. Wszystkie trzy jesteśmy matkami - wielomatkami (każda z nas ma więcej niż dwoje dzieci) i  wszystkie jesteśmy kobietami, które starają się poza byciem matką ze wszystkimi tego bardziej i mniej radosnymi konsekwencjami, nie zapomnieć o sobie.

Na swoją kolej czekają jeszcze dwa znaleziska dnia wczorajszego.
Do poczytania.