Otóż właśnie
A właściwie to na wczoraj
A raczej od wczoraj na całą resztę życia
No do odwołania na pewno
W pośpiesznym powrocie do domu, w biegu między jednym a drugim, z braku silnej woli w tym zakresie i niemożności powstrzymania pokusy przeogromnej, która zwykle w takim miejscu się pojawia, obiecując sobie, że tylko się rozejrzę i że tylko na chwilę, na minutkę, wtargnęłam do punktu taniej książki. Tania jest tam jedynie cena, bo książek dużo bardzo dobrych.
I wyszłam po chwili dłuższej niż planowałam, ale zdecydowanie krótszej niż bym tego chciała... Z dwiema książkami, choć chęć miałam na przynajmniej trzy lub cztery.
W dodatku w torebce wielostronicowo rozpychała się nowość zakupiona w Trafficu dnia poprzedniego, którą pochłaniać zaczęłam niemal zaraz po odejściu od kasy.
Tak.
Głód czytania.
W międzyprzystankowym biegu z tramwaju do autobusu, pojawiła się myśl precyzująca moje przemyślenia z ostatnich dni.
Jako przesłanie ujęłam ją w następujący sposób:
Zastąp poradniki literaturą piękną z dziedziny, która Cię interesuje.
Otóż właśnie to.
I nic więcej dodawać nie trzeba.
No może poza tym, że efekt końcowy stanie się bardziej realny do osiągnięcia.
Dlatego zamiast wałkować kolejny raz przesłanie górnolotnie płynące z poradników dla rodziców, zabrałam się za delektowanie się okruchami z życia wziętymi bohaterek - narratorek książek, które tak jak ja są matkami - wielomatkami.
Na pierwszy ogień poszła książka Agnieszki Grzelak "Matecznik". Zamówiony u Męża mego mikołajkowy prezent.
Agnieszka jest mamą czterech córek, więc nietrudno było mi odnaleźć się w Jej świecie. Co więcej, już od pierwszych stron zakołatała w mojej głowie myśl, która uświadomiła mi to, co oczywiste. Że oto właśnie jestem najzupełniej w świecie NORMALNA oraz, że moje potrzeby, które rodzą się we mnie każdego macierzyńskiego dnia, są (wbrew przekonaniom Męża mego) nie tylko moimi, ale najprawdopodobniej również setek tysięcy innych matek na tym świecie. I - uwaga - te potrzeby są najzwyczajniej w świecie NORMALNE (również wbrew przekonaniom Męża mego). Z wypiekami na twarzy brnęłam w kolejne strony książki, których treść tylko utwierdzała mnie w tej mojej pierwotnej refleksji.
"Matecznik" naprawdę warto przeczytać. Polecam tę książkę nie tylko kobietom, ale też mężczyznom. Kilku już ją przeczytało i mają same pozytywne refleksje, z których główną jest to, że dzięki tej książce łatwiej im zrozumieć codzienne zmęczenie ich żon oraz to, jak wielką sztuką jest macierzyństwo. Książkę czyta się bardzo lekko i szybko. Napisana jest w bardzo przyjazny sposób. Zaciekawia, zachęca do ponownego wzięcia jej do rąk. Polecam.
Aktualnie czytam zakupioną w Trafficu nowość popełnioną przez Małgorzatę Łukowiak "Projekt matka".
Autorka książki (mama trójki dzieci) jest znana z bloga, którego prowadzi obecnie, a książka sięga do czasu, kiedy Autorka prowadziła swego bloga w innej przestrzeni internetowej.
Dopiero zaczęłam czytać, więc wiele nie napiszę. Jednak samo przesłanie książki spowodowało we mnie to samo poczucie, które wywołały już pierwsze strony "Matecznika". Książka napisana przez zupełnie inną kobietę o zupełnie innych zainteresowaniach, ale wrażenie takie samo. Bo łączy je oraz mnie i każdą z nich jedno - macierzyństwo. Wszystkie trzy jesteśmy matkami - wielomatkami (każda z nas ma więcej niż dwoje dzieci) i wszystkie jesteśmy kobietami, które starają się poza byciem matką ze wszystkimi tego bardziej i mniej radosnymi konsekwencjami, nie zapomnieć o sobie.
Na swoją kolej czekają jeszcze dwa znaleziska dnia wczorajszego.
Do poczytania.
środa, 6 lutego 2013
piątek, 21 grudnia 2012
Koniec Świata
Z całą pewnością i bez cienia wątpliwości dzisiejszy dzień
zostanie skutecznie utrwalony w historii mojej pamięci.
Zaczął się wyjątkowo wcześnie, bo już o piątej rano. Czyli
jeszcze na długo przed świtem. Nie będzie więc przesadą i dramatyzowaniem, gdy
uznam, że początek mojego dzisiejszego dnia, miał miejsce w nocy.
Dwa tygodnie temu umówiłam na dzisiaj (bo to był pierwszy
wolny termin) badanie.
Z kolei przemyślenia i refleksje z ostatnich dni
spowodowały, iż postanowiłam przebadać Dziatwę Liczną w celu potwierdzenia bądź
też wykluczenia posiadania przez nie pasożytów. Kto mądry, ten wie, że raz na
czas jakiś (a najlepiej w miarę regularnie) takie kwestie dobrze jest (a nawet
powinno się) kontrolować.
Tym tokiem rozumując, postanowiłam upiec dwie pieczenie na
jednym ogniu i skoro na dzisiaj mam termin badania, to wychodząc nieco
wcześniej (czyli w nocy) zdążę dostarczyć starannie zgromadzony w dniu
wczorajszym materiał do laboratorium.
Okazuje się jednak, że jako wegetariance, pieczenie pieczeni
– czy to na jednym, czy na wielu ogniach – nie wychodzi mi na zdrowie.
Do pierwszego laboratorium dotarłam (trzema środkami
komunikacji, po drodze marznąc niemiłosiernie) przed godziną otwarcia. Gdy miła
pani uruchomiła komputer i zaprosiła mnie przed kontuar, a ja powiedziałam z
czym i po co przychodzę, okazało się, że materiał przyjmowano do wczoraj, bo za
chwilę Święta i nie mają komu przekazać próbek do badania.
Bardzo uprzejmie podziękowałam po czym opuściłam lokal. Nie
muszę wspominać, że mimo, iż cała dygotałam z zimna, w środku cała aż kipiałam
z… radości, że „udało mi się” załatwić, co do załatwienia miałam.
Ale, ale. Nie było aż tak źle, bo już miałam w głowie plan
odwiedzenia kolejnego laboratorium – w placówce, w której umówiona byłam na
badanie. Pognałam więc czym prędzej – tym razem tylko dwoma środkami
komunikacji. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu kolejna miła pani
oznajmiła mi, że materiał do badań przyjmowano do… wczoraj. Poradziła, żeby
dzwonić na infolinię, ale tam oczywiście (jak zwykle) „chwilowo wszystkie linie
są zajęte”.
Zadzwoniłam zatem do kolejnego laboratorium.
Facet – wyraźnie wyrwany ze snu o 7:46 rano – zaczął sobie
drwić do słuchawki (wiadomo - do słuchawki zawsze łatwiej niż prosto w oczy)
sugerując mi, że z pewnością mam źle przygotowany materiał do badania (bo to
specyficzne laboratorium i u nich bada się innym sposobem), ale oczywiście mają
otwarte od… do… i (tu wyraźnie podkreślił cały czas z dużą dawką cynizmu) jeśli
mam odpowiednio przygotowane próbki,
to mogę je dostarczyć.
Drogi Panie – szanuję wasze laboratorium i wiem, jak wiele
dobra czynicie, ale świadomość, że jesteście jedyni w Polsce, nie musi chyba
być powodem do poniżania innych i zakładania z góry, że skoro byli w tzw.
zwykłym punkcie pobrań zanim skontaktowali się z wami, to z pewnością nie mają
pojęcia o waszych lepszych metodach badania.
Tak, czy siak, nie zawiozłam tam próbek. Nie, nie dlatego,
że poczułam się urażona, bo się nie poczułam. Nie zawiozłam, bo za późno
otwierali i Mąż nie zdążyłby do pracy.
Kolejny telefon był do Męża z prośbą o sprawdzenie jak się
sprawy laboratoryjne mają w jeszcze jednej przychodni. Tam też odmówiono
przyjęcia próbek do badań. W głowie miałam już wizję konieczności ponownego
organizowania całości, a chyba nie muszę pisać, jak wielką frajdą jest
pobieranie materiału do takich badań.
Na szczęście okazało się, że w jeszcze innym laboratorium
załatwią nam to bez problemu, w dodatku o połowę taniej.
W międzyczasie wybrałam się pod gabinet, w którym miałam
mieć sfotografowane biodra i kręgosłup. Gdy już podpisałam oświadczenie o tym,
iż z całą pewnością nie jestem aktualnie w ciąży oraz, że w razie, jeśli w niej
jednak z jakiegoś powodu jestem, biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za
konsekwencje wykonania fotografii w tymże stanie, oraz gdy już doczekałam się
na zaproszenie do gabinetu, rozebrałam od pasa w górę i wtargnęłam przed sprzęt
rentgenowski w moim seksownym biustonoszu -
specjalnie zaprojektowanym dla matki karmicielki – okazało się, że jako
matka karmicielka, nie posiadająca odpowiednich zapasów odciągniętego pokarmu
(to jest na dwudziestoczterogodzinne karmienie). Nie mogę zatem zostać
sfotografowana – ani ja, ani moje biodra i kręgosłup też nie. Okazuje się bowiem,
że ołowiany fartuch nie stanowi wystarczającego zabezpieczenia przed rakiem –
nie tyle dla mnie, co dla mojego cennego pokarmu, który pod wpływem
promieniowania ma szanse stać się rakotwórczy dla dziecka. (Nie wiedziałam i
nikt mi nie powiedział, a na badanie kierował mnie lekarz z tejże placówki,
któremu mówiłam, iż karmicielką jestem.)
Która z Was po usłyszeniu takiej informacji zdecydowałaby
się na zdjęcia? Wiem – głupie pytanie. Sama sobie odpowiem – ŻADNA.
Nasza „ulubiona” placówka, znajdująca się w samym centrum
Stolicy, nie dysponuje bowiem cyfrowym sprzętem do wykonywania zdjęć, a jedynie
analogowym.
Tym oto sposobem – pomimo, iż dzień mój zaczął się w nocy i
pomimo, iż bardzo szczegółowo opracowałam strategię „pieczenia” – nie dane mi
było upiec z samego rana dwóch pieczeni na jednym ogniu. A podobno, „kto rano
wstaje, temu Pan Bóg daje”. Podobno.
Zmieniając termin badania, miałam w głowie tylko jedną myśl.
Gdybym dwa tygodnie temu – ustalając termin – pamiętała, że dzisiaj ma być
koniec świata, to z całą pewnością nie umówiłabym tego badania właśnie na dziś.
Tak czy inaczej, niech żyje LUXusowaMEDycyna !!!
A na jutro umówiłam się na zwiedzanie mojego (nowego w
naszej okolicy) odkrycia. Doczekać się nie mogę.
Stop. Wróć. Przecież jutra już nie będzie…
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Moja wygrana
Ostatnio miałam to szczęście, że wygrałam nagrodę od
Wydawnictwa MiND. Miło mieć przywilej
tak szybkiej możliwości przeczytania nowo wydanej książki.
Zwłaszcza, że co jak co, ale dobre książki to ja czytać
uwielbiam. Od kiedy jestem mamą, pochłaniam głównie te z dziedziny wychowania.
Cenną inspiracją są dla mnie pozycje z dziedziny rodzicielstwa bliskości,
porozumienia bez przemocy i wszystkiego, co wiąże się ze stylem slow parenting.
Trochę już tego zdążyłam pochłonąć, ale wiadomo, jak jest – w miarę jedzenia
apetyt rośnie. Dlatego, gdy tylko dowiaduję się o istnieniu jakiejś
wartościowej książki lub też o nowowydanej pozycji z interesującej mnie
dziedziny, pojawia się we mnie naturalna potrzeba zapoznania z jej treścią.
W końcu wiedzy nigdy zbyt wiele i wciąż warto zdobywać nową.
Tylko głupiec uważa, że wie wszystko najlepiej, że sam sobie mistrzem i żadne
autorytety nie są mu potrzebne.
A oto moja wygrana. „Szanujący rodzice. Szanujące dzieci.
Jak zamienić rodzinne konflikty we współdziałanie?” Victoria Kindle Hodson, Sura Hart.
Książka traktująca o bardzo cennym nurcie w wychowaniu, ale
nie tylko w wychowaniu, bo ogólnie w relacjach międzyludzkich, jakim jest porozumienie bez przemocy (PBP) czyli Nonviolent Communication (NVC).
Twórcą tej metody jest amerykański terapeuta i doktor
psychologii Marshall B. Rosenberg.
Zaczęłam już czytać i jestem bardzo zadowolona. Sama metoda
była mi już wcześniej znana dzięki pozycji p.t. „Wychowanie bez klapsa”
Aleksandry Cyran-Żuczkowskiej, oraz dzięki warsztatom dla rodziców prowadzonym
m.in. przez Autorkę.
W porozumieniu bez przemocy ważny jest sposób postrzegania siebie oraz
innych ludzi. Dostrzeganie swoich oraz
cudzych uczuć i potrzeb.
Jeżeli w relacjach z innymi, w jakiejś konkretnej sytuacji
pojawia się we mnie niezadowolenie czy złość, jest to oznaką jakichś moich
niespełnionych potrzeb. To tak w wielkim skrócie. Chodzi bowiem o to, żeby przyczyn
problemu nie upatrywać wyłącznie w drugim człowieku, ale żeby szukać ich źródła
przede wszystkim w potrzebach, które gdzieś tam głęboko tkwią w naszym wnętrzu
i domagają się zaspokojenia. Działa to w dwie strony. Jeśli ktoś jest wobec
mnie agresywny w słowie lub postępowaniu, to jest to oznaką jego niespełnionych
potrzeb, których najprawdopodobniej nawet sobie nie uświadamia. Jeśli zatem
cierpię z powodu czyjegoś zachowania, to nie dlatego, że jest on okrutnym
człowiekiem, ale dlatego, że jego być może głęboko zakorzenione potrzeby nie
doczekały się spełnienia.
Nasza złość,
gwałtowne emocje i wszelkie negatywne uczucia, są dla nas sygnałem, który
musimy właściwie odczytać, żeby wiedzieć, co robić, żeby nie krzywdzić i nie
być krzywdzonym.
Autorki podają cenne wskazówki, jak postępować w sytuacjach
trudnych. Jak operować słowem, żeby nie ranić.
To kolejna ważna cecha charakteryzująca tę metodę – używanie komunikatu JA, a nie TY.
Czyli zamiast powiedzieć komuś - Jesteś bardzo niegrzeczny, bo popchnąłeś moją córkę. Masz natychmiast
ją przeprosić,
lepiej jest wyrazić swoje emocje, stosując
komunikat JA, który też pozwoli zrozumieć, czego oczekujemy, ale nie zrani
uczuć drugiej osoby – Nie podoba mi się,
gdy ktoś popycha moją córkę, nie zgadzam się na to i oczekuję, że ją
przeprosisz.
Książkę warto przeczytać i zaglądać do niej choćby tylko po
krótkie wskazówki pomocne w codziennym życiu i obcowaniu z ludźmi.
Polecam też dobry artykuł na temat porozumienia bez
przemocy. Warto zapoznać się z tym nurtem choćby po to, żeby jego elementy przemycić do naszej codzienności.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Bardzo zła tradycja
19 listopada to Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy Wobec Dzieci.
Dzięki Fundacji Dzieci Niczyje powstała kampania o nazwie „Zła Tradycja”, której zadaniem jest przekonać rodziców, że standardy karcenia dzieci, które sami poznali w dzieciństwie, dziś są nieaktualne.
Cieszy mnie to, że mamy w naszym kraju zakaz wykonywania kar cielesnych, do których zalicza się nawet zwykły klaps. Wbrew pozorom, nie jest to - jak niektórzy sadzą - jakiś współczesny pacyfistyczny trend w wychowaniu. O tym, że nie należy podnosić ręki na dziecko, mówił już wiele lat temu Janusz Korczak, którego szczególnie cenię i każdemu rodzicowi polecam.
Kilka tygodni temu, w jednej dyskusji dotyczącej artykułu na temat klapsów, ktoś komu bardzo nie podobało się moje stanowisko dotyczące bicia dzieci, napisał, że czasem lepiej jest "strzelić z liścia w tyłek" niż tłumaczyć dziecku itp. gdy na przykład wbiega ono pod samochód.
Tragedią jest dla mnie takie myślenie dorosłego człowieka w
XXI wieku. Jednak już sam atakująco obrażający sposób jego wypowiedzi świadczył
o tym, że to jeden z tych, którzy są święcie przekonani o posiadaniu jedynej
słusznej racji, a każdy kto myśli inaczej, jest śmieciem i tyle.
Mam tylko nadzieję, że nie ma on własnych dzieci, bo jeśli takimi metodami je wychowuje, to oby kiedyś one nie odpłaciły mu tym samym – „strzelając z liścia” w co popadnie, gdy - nie daj Boże - życie potoczy się tak, że i on na starość stanie się jak dziecko...
Mam tylko nadzieję, że nie ma on własnych dzieci, bo jeśli takimi metodami je wychowuje, to oby kiedyś one nie odpłaciły mu tym samym – „strzelając z liścia” w co popadnie, gdy - nie daj Boże - życie potoczy się tak, że i on na starość stanie się jak dziecko...
Innym razem w katolickim piśmie przeczytałam krótką refleksję młodej kobiety – matki, na ten sam temat. Z uwagi na charakter pisma, zabolało i zarazem rozczarowało mnie to, co przeczytałam. Okazało się bowiem, że dla niej dużym nieporozumieniem jest wprowadzanie zakazu kar cielesnych. Napisała: "teraz wiem, że dając dziecku klapsa za rękę wyciągniętą do gorącego garnka, łamię prawo". Czyli co? Przyznała, że bije swoje dzieci. I jeszcze ta chora argumentacja.
Zauważyłam, że zwolennicy kar cielesnych, często używają
tych samych głupich argumentów, czyli ręka w gorącym garnku, ogniu itp., albo
dziecko biegnące pod samochód.
A ja się pytam ich: Czy klaps jest tutaj rozwiązaniem? Co
zrozumie dziecko wbiegające pod samochód, gdy dostanie w tym momencie klapsa w
tyłek? I czy faktycznie ten klaps uratuje to dziecko przed pędzącym samochodem?
Czy nie łatwiej i bardziej naturalnie byłoby odciągnąć dziecko, żeby pod
samochód nie wpadło, a następnie wytłumaczyć, że to było niebezpieczne?
Podobnie z ręką wyciągniętą w stronę ognia.
I jeszcze jedna refleksja, jaka nasuwa mi się, gdy myślę o
tego typu argumentacji i o cielesnych karach. Jakim komunikatem będzie dla
dziecka klaps wymierzony mu, gdy znajduje się ono w sytuacji zagrożenia, lub
gdy zrobi coś, czego nie powinno?
Wyobrażam sobie ogromną dezorientację ukaranego w ten sposób
i kołaczące w głowie pytanie – ale
dlaczego? No właśnie. Dlaczego? Dlaczego
mnie bijesz?
Jeśli uderzane dziecko usłyszy coś w stylu nie wolno, przestań itp., to niczego ten
komunikat nie zmieni.
W jego głowie nadal będzie mnóstwo znaków zapytania. Nie wolno? Niebezpieczne? No dobra, już
rozumiem, ale wystarczyło powiedzieć. Nie trzeba bić. Właściwie to po co było to
bicie? Nie rozumiem.
Kolejnym etapem będzie moment, w którym w głowie dziecka
zostanie zakodowana informacja, że jak ktoś robi coś, co mu się nie podoba, to
można go uderzyć, aby tym samym „postawić go do pionu”. Tyle warte jest
„wychowywanie” dzieci za pomocą klapsów.
A swoją drogą, to dziwne problemy ci ludzie poruszają. Nie
przypominam sobie, żebym będąc dzieckiem kiedykolwiek wpadła na pomysł
wbiegania pod samochód, czy wkładania rąk do gara z wrzątkiem. Moje Siostry też
tego nie robiły i moje Dzieci też nie. Podobne refleksje mają moi znajomi i
podobne doświadczenia.
O co zatem chodzi? Bo nie wierzę, że o ratowanie dzieci.
Śmiem twierdzić, że raczej o przyznanie sobie prawa do dawania upustu emocjom w
taki sposób, jak tylko tego dusza zapragnie - nie wyłączając klapsów.
A niby dlaczego mamy mieć prawo do bicia własnych dzieci?
Skoro klapsy są takie skuteczne, to dlaczego nie wymierzamy policzka
urzędnikowi, gdy nie chce spełnić jakiejś naszej prośby lub czyni to nie tak,
jakbyśmy tego oczekiwali? No dlaczego za zadanie mu kary cielesnej moglibyśmy
trafić przed Sąd? Bo to przestępstwo? Naruszenie jakiejś bariery osobistej?
Oczywiście, że tak. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, jak można własne dziecko
traktować gorzej niż obcych ludzi i jeszcze tłumaczyć to argumentami wychowawczymi.
Warto też odpowiedzieć sobie na pytanie: Jak
zareagowałabym/zareagowałbym, gdyby obcy człowiek widząc moje dziecko biegnące
pod samochód, trzasnął je w tyłek? Czy podziękowałabym/podziękowałbym, za
uratowanie mu życia?
Bardzo poważnym błędem jest – niestety wciąż jeszcze
zauważane – mylenie pojęć wychowanie
bezstresowe i wychowanie bez przemocy.
To dwa zupełnie różne nurty w wychowaniu (o ile oczywiście to pierwsze można
nazwać nurtem w wychowaniu), które nie wiem dlaczego niektórym wydają się być
tym samym.
Wychowanie bezstresowe polegało na uczynieniu z dziecka
pępka świata, któremu wszystko wolno nawet jeśli godzi to w uczucia czy narusza
prawa innych ludzi. Ważne było, żeby dzieciak się nie zestresował. Jeśli więc
ma ochotę pluć na wycieraczkę sąsiadki, to nie wolno mu tego zabraniać nawet,
jeśli nam – rodzicom nie podoba się takie zachowanie dziecka.
Wychowanie bez przemocy polega natomiast na wzajemnym
szacunku. Tutaj spełnianie potrzeb dziecka odbywa się w powiązaniu z potrzebami
rodziców. Tutaj dąży się do wspólnego porozumienia. Tutaj jest miejsce na
empatię i wzajemny szacunek. Tutaj jest też miejsce na stawianie dziecku
wyraźnych granic, czyli takich, które wspólnie się omawia i ustala. Nie na
zasadzie – nie wolno, bo nie i już.
Tutaj o wszystkim można porozmawiać i upewnić się, czy jest to właściwie
rozumiane oraz czy jest akceptowane. Jednak jest pewien warunek prawidłowego
funkcjonowania takiego modelu. Zarówno dziecko, jak i rodzic muszą czuć się
wzajemnie szanowani i rozumiani.
Rodzice praktykujący wychowanie bez przemocy, nie biją
swoich dzieci nie dlatego, żeby ich nie zestresować, ale dlatego, że je szanują
i kochają.
Kiedyś usłyszałam na jednych warsztatach dla rodziców, że
trudno jest nie bić dzieci, jeśli samemu było się bitym. Statystyki wykazują,
że osoby, które były bite w dzieciństwie, mają dużą trudność, żeby nie bić
swoich dzieci. Jest to bolesna prawda. Nie oznacza to jednak, że każdy, kto był
bity, też będzie bił. Czym innym jest potrzeba czy chęć zrobienia czegoś, a
czym innym jest jej realizacja.
Wiele razy było dla mnie ogromną trudnością powstrzymanie
się przed uderzeniem dziecka. Ale udało mi się i z tego jestem dumna. Wiem, że
jeśli pozwoliłabym sobie na to choć jeden raz, później byłyby kolejne razy, bo
to działa tak - "skoro już raz uderzyłam/uderzyłem i nic się nie stało, to
mogę zrobić to jeszcze raz". Lub też - "skoro już raz uległam/uległem
pokusie rozładowania emocji poprzez danie dziecku klapsa, to mogę sobie na to
ponownie pozwolić, bo tak czy inaczej nie jestem już rodzicem, który nie bije,
więc nie mam już o co walczyć".
Ja myślę, że albo się bije, albo nie. Oczywiście, zawsze
można zmienić postępowanie, ale jestem przekonana, że dużo trudniej jest przestać
bić, niż nie bić w ogóle czyli nie zaczynać takiej praktyki.
Mnie tylko taka postawa daje wolność. Gdybym uderzyła raz,
nie wiem, czy dałabym radę wyplątać się z tego. Wierzę, że każdy rodzic może
nie bić swoich dzieci i zrozumieć, że taka forma karania, do niczego dobrego
nie prowadzi, bo "kto uderza
dziecko, jest jego oprawcą" (Janusz Korczak). Każdemu, kto próbuje mi
wmówić, że klaps to nie przemoc i że czasem trzeba itd., polecam Korczaka.
Niebicie dzieci to nie jest wymysł współczesności, to nie jest kolejna moda.
Korczak mówił o tym już tak dawno, że powinniśmy się wstydzić, że teraz trzeba
nam o tym przypominać...
czwartek, 15 listopada 2012
Feministycznie
Administracja osiedla zarządziła malowanie balustrad
balkonów. Nawet farby zostały rozdane z informacją, że do dnia tego i tego
balustrady mają być jak nowe, bo jak nie, to wtargnie firma i pomaluje balkony
wszystkim leniwym mieszkańcom, pobierając za ten czyn 70 zł od metra.
A my tych metrów trochę mamy. I choć to nie jest nasze
mieszkanie, tylko wynajęte i nie nasze ciężko zapracowane, w pocie czoła
zdobyte pieniądze pełniłyby funkcję wynagrodzenia dla pracowników firmy, to
wspaniałomyślny Mąż zaproponował właścicielom mieszkania, że pomaluje
balustradę za nieco mniejszą kwotę niż firma i niech nam odliczą to od
comiesięcznych opłat. Super pomysł. Dodatkowa kasa zawsze się przyda.
Mąż postanowił zatem przeznaczyć na ten niespołeczny – bo za
kasę – czyn kilka dni z cennego urlopu ojcowskiego, który to należy mu się z
racji niedawnych narodzin trzeciej Córki.
Tak więc zabrał się za to i pierwszego dnia wyszorował
balustradę, a następnego pomalował jej fragment zostawiając resztę na kolejny dzień.
Ale nie. Nie ma tak. Niech no facet wykaże się swym
ojcostwem skoro urlop ojcowski wybiera. Bo wiadomo, jak jest – On maluje, a ja
w domu z dziatwą liczną, sama – rzecz jasna. I jeszcze obiad ugotować i
dziecięce krzyki znosić – jakby na co dzień brakowało mi tych zajęć.
Mąż zaproponował zatem, żebym to ja balustradę szła malować.
Zapewne przekonany był, że odmówię. Mało powiedziane – On był pewien, że wpadnę
w szał, bo jak to niby ja – kobieta – balustradę mam malować.
Ale, ale. To nie tak jest. Bowiem Matka Polka uciemiężona
całodobowym hałasem powodowanym przez dziatwę liczną, przyjmie każdą ofertę
czegokolwiek, co pozwoli jej przez czas jakiś tychże wrzasków nie słyszeć.
Matka Polka uciemiężona, nie tylko pomaluje balustradę balkonu właścicielowi
mieszkania. Ona gotowa jest przetkać zatkany kibel sąsiada, a nawet zamontować
mu nowy, byle tylko oderwać myśli od problemów dziatwy licznej i zająć się choć
przez chwilę problemami innego typu.
Tym oto tokiem rozumowania podążając, dzielnie przywdziałam
roboczy kombinezon Męża, ciepłą czapkę i rękawice, aby od niewczesnych rannych
godzin zabrać się za malowanie balustrady. Cały hałas mojej codzienności
zostawiłam za szklanymi drzwiami balkonowymi na kilka godzin, z przerwami na
karmienie piersią.
Malowałam rozmyślając o rzeczach przeróżnych i ćpając
zielony smród farby do balustrad.
W pewnym momencie zobaczyłam sąsiadkę z piętra wyższego,
wracającą z dziećmi ze spaceru. Dzień
dobry powiedziała. Odpowiedziałam to samo, a ona na to - wyraźnie
zdziwiona, słysząc mój głos (w tym stroju i czapie zawiązanej pod brodą raczej
nie miała szans mnie rozpoznać), że myślała, że to mąż maluje. O nie, droga
pani. Mąż gotuje obiad i zajmuje się dziatwą liczną – tak w ramach
równouprawnienia.
No bo co jej będę tłumaczyć, co i jak i że machanie pędzlem lepsze niż
dziecięce hałasy, które mam dwadzieścia cztery na dobę. W końcu sama ma dzieci,
to wie, jak się sprawy mają.
Chwila relaksu ona
mi na to. Ano chwila relaksu. Dokładnie tak. Nikt lepiej nie rozumie trosk i
problemów Matki Polki i nikt w jej myślach lepiej czytać nie umie, jak tylko
inna Matka Polka.
A swoją drogą, to za taką chwilę relaksu (nieistotne ile ona
trwa, a wręcz im dłużej tym lepiej) dostaje się stawkę w ilości 70 zł za metr
bieżący. Ale mnie ten przywilej rzecz jasna nie dotyczy, bo ja przecież nie
pracuję. Ja odpoczywam. Ale od czego? Od siedzenia w domu, ucierania marchewki z jabłkiem,
zmieniania pieluch, mycia pup, bujania w wózku, noszenia w chuście, głośnych dźwięków - nie radia, lecz dziecięcych
radości i nieszczęść. To też nie jest żadna praca, a za odpoczynek nikt mi
przecież płacił nie będzie, bo to niedorzeczne. A że od opłat odliczone nam
będzie? Co z tego, skoro kontem, z którego tychże opłat dokonujemy, zawiaduje
wyłącznie Mąż mój, a ja nawet hasła dostępu nie znam, nie mówiąc już o
współwłasności, czy choćby pełnomocnictwie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



